Dzien swiateczny udal sie cudnie. Nawet nie pamietam kiedy tak bylo fajnie. Ci ludzie sa niesamowici, a do tego tak mnie traktuja jak zadni do tej pory i czuje sie wsrod nich naprawde dobrze. Bylo duzo smiechu! Jedzenie prze..przeeepyszne, a whiskey (i nie tylko) tradycjnie lala sie strumieniem. No a jaja ukryte byly na podworku. Spedzilismy fantastyczny dzien :)
Blog jest jakims tam drobnym ratunkiem, kiedy jest mi smutno. Bo wlasnie tak - jest mi smutno. Chociaz ow blog nie pocieszy, to i tak daje to miejsce, ktore czeka, daje te malutka ulge. Czeka, by ratowac, przyplyw tej najsmutniejszej kropelki mnie.
Sa juz swieta. W mym przekonaniu juz powinny powoli byc. Tutaj ich nie ma. Nawet bym nie przypuszczala, ze tak moze mi brakowac odpowiednio obchodzonych tych dni. Dzis bede caly dzien sama. Sama. Niby sie juz przyzwyczajam, ale to tylko pozory. Przeciez jestem nauczona czego innego. Dom niczym nie pachnie, a zadnego koszyka nie ma. Nawet uroczego kurczaczka zoltego nie ma. Ja wiem, ze On sie stara, ze tak trzeba. Jest moim calym swiatem. No nic, pozostaje wszamac sobie jajko. Juz nie wspominam, ze nawet nie wiedza co to lany poniedzialek. Wstyd.
Przypadkowym czytelnikom i tym stalym, jesli jacys sa, zycze po prostu swiat i usmiechu w oku, spodgladajac na swego kurczaczka.